| studentblog - archiwum: Rozważania |
|
strona główna
Ja, prosty człowiek o pokrzywionym wnętrzu, łatwo osiągam błogi stan płytkiego zadowolenia. I cieszy mnie on. Właśnie wziąłem prysznic, ogoliłem się, leżę w ciepłym łóżku i sączę dobrą szkocką z odrobiną źródlanej wody. Słyszę plusk kaskady w akwarium, jazz płynący z radia i własny oddech. I piszę.
Odbyłem dziś interesującą rozmowę, która mocno mną poruszyła. W ogólności chodziło o to, że: M: eech.. z Toba naprawde nie mozna porozmawiac na jakies powazne tematy... :( S: jak to? przecież ja całkiem poważnie M: ale powierzchownie a nie głęboko Znaczy, że jestem płytki i powierzchowny. Usłyszałem jeszcze kilka rzeczy i poczułem się urażony – miłość własna została mocno dźgnięta cudzym palcem. Cóż, reakcja reakcją, ale zastanowić się nad tym troszkę można. Nie da się ukryć, że epikureizm zawsze wydawał mi się rozsądnym systemem filozoficznym – cieszmy się życiem, ale trzymajmy nasz potrzeby w ryzach. Brzmi prosto, ma kilka tysięcy lat i faktycznie nie wydaje się zbyt głębokie. Przez lata oczywiście troszkę sobie to podejście uszczegółowiłem i dopasowałem do potrzeb i okoliczności. Po pierwsze – nie szkodzić. To podstawowa zasada i staram się zawsze o niej pamiętać. Ma gwarantować możliwość patrzenia w lustro bez obrzydzenia. Oczywiście zdarzało i pewnie jeszcze nie raz zdarzy mi się zaszkodzić, już choćby dlatego, że czasem nie da się przewidzieć wszystkich skutków naszych wyborów, albo dlatego, że czasem najpierw czynię, potem myślę. Wiem, wstyd, ale staram się, staram. Po drugie – zachować dystans. Reaguję na świat bardzo emocjonalnie, co na dłuższą metę jest bardzo wyczerpujące. Dlatego staram się podchodzić do życia ‘z godnym przymrużeniem oka’. Śmiem twierdzić, że zrobiłem niebagatelne postępy, a moja kpiąco-złośliwo-cyniczna zbroja jest całkiem funkcjonalna i zdaje się, że nie najgorzej leży. Obecna praca też mi w tym pomaga – ludziom w moim otoczeniu bardzo często tego zdrowego dystansu brak, więc staram się dawać dobry przykład. Po trzecie – cierpliwość. Głęboko w środku jestem raczej cholerycznego usposobienia. Na szczęście lata socjalizacji, a głównie pewnie obcowanie z obywatelką małżonką, nauczyły mnie cierpliwości. I o ile zapalam się do nowych pomysłów jak suche gazety, to jeżeli trzeba wykazuję opanowanie godne głazu narzutowego. Większość znajomych nigdy nie widziała mnie poważnie wyprowadzonego z równowagi. I dobrze, bo to słaby widok. Co ciekawe, całą tę cierpliwość szlag nagły trafia za kierownicą, w korkach – chamstwo i bezmyślność na drodze doprowadzają mnie do szewskiej pasji i gdyby nie wrodzone tchórzostwo to bym pewnie wyzywał, tłukł i zęby wybijał. Nie rozumiem za bardzo, czemu tak jest. Może chodzi o to, że prowadzenie samochodu jest czynnością podświadomą i jako że działam na troszkę niższym poziomie świadomości, to choleryczność łeb podnosi i do wierzchy wyłazi? Nie wiem. Po czwarte – pomożemy. Jakoś tak mam, że daje mi frajdę i satysfakcję uczenie, pomaganie, opiekowanie się, wspieranie i tym podobne, zdawałoby się altruistyczne czynności. Oczywiście robię to z egoizmu – bo lubię tę satysfakcję. Kilka dni temu usłyszałem coś takiego: ‘wiesz ile dala mi znajomość z Tobą? fortunę... serio’. Urosłem od tego na dłuższą chwilkę. Lubię słuchać, rozmawiać, a w dobie elektronicznych mediów wszystkim nam chyba tego najbardziej brakuje. Usiąść i pogadać. Nie mogę się już doczekać, kiedy nasze nowe mieszkanie osiągnie stan używalności i będę mógł się zabrać za wskrzeszanie wielu ważnych, ale niestety mocno zaniedbanych relacji. Po piąte – zbieram okruszki. Nie bardzo wierzę, że stan pełnej szczęśliwości można osiągnąć. Chyba raczej stan taki jest wymyślony po to, by było do czego dążyć. Wychodząc z takiego założenia po drodze pracowicie zbieram i przechowuję okruszki szczęścia. Czasem cieszą mnie rzeczy strasznie małe, jak zapach ziemi na wiosnę, piękne chmury na niebie, kawał polędwicy wołowej należycie przyrządzonej czy uśmiech kobiety. Czasem okruszki są większe, czasem mniejsze, ale wszystkie cieszą. Do tego dochodzą relacje z ludźmi. Mam jakoś tak, że po przekroczeniu pewnej granicy bliskości osoba staje się dla mnie ważna i uzyskuję permanentne miejsce w mojej głowie. Nawet, gdy nie będziemy się widzieć całymi latami, to ma swoją niszę, swój kawałek bursztynu z zatopionymi w nim doświadczeniami, przeżyciami, emocjami. No tak, zgodnie z obawą jakoś patetycznie to brzmi, ale cóż. Widocznie taka już natura tematu. Po szóste – szacunek. Szanuję ludzi, ich prawo do własnego zdania, bycia innym, indywidualnego podejścia. Zdarza mi się czasem mierzyć innych swoją miarką, na podstawie jakichś śladowych informacji, które mam, ale zawsze potem wstydzę się tego. Jak bardzo słusznie prawi mój kumpel od golfa – nie mamy prawa oceniać, radzić czy przekonywać do swojej drogi. Mamy żyć i pozwolić żyć innym. W większości ludzi dookoła umiem dostrzec pasje, talenty, cechy, które godne są podziwu i szacunku. Po siódme – emocje. Uwielbiam emocje i jestem raczej wrażliwą istotą. Płaczę na filmach i czytając książki, tak mam. Chyba niezbyt męsko, ale nie przeszkadza mi to. W końcu nie po to są stereotypy, żeby do nich pasować. Ale zdaje się, że przez te emocje często właśnie nie zastanawiam się, nie rozważam, nie dzielę włosa na czworo, tylko szybko podejmuję decyzje na podstawie tego, co czuję. Może dlatego niełatwo ze mną rozmawiać o głębi, bo muszę ją przeżywać, a nie rozważać. Dobra, chwilowo kończy się whisky i pomysły. Cieszę się, ze zostałem dziś tym palcem dźgnięty i w końcu coś napisałem. Literatura to na pewno nie jest, ale jestem może choć troszkę bardziej świadomy samego siebie. Na pewno trzeba by jeszcze napisać o równowadze, przyrodzie, sporcie i może czymś jeszcze, ale to już nie dziś.
|