|
student
bloguje...
Miało być o nurkowaniu w Chorwacji, kajakowaniu nad Pilicą, żeglowaniu nad Zegrzem i imprezowaniu na Kabatach, a tu lipa, jakoś nie idzie. Przejechaliśmy dziś z Obywatelką Małżonką jakieś 70km rowerkiem i deczko nas to zmęczyło - może dlatego. Że o wczorajszym lekkim przedawkowaniu nie wspomnę. Więc nie piszę, spać idę, może jakoś w poniedziałek rano, czy coś. W każdym razie później, nie teraz.
W pierwszych słowach mojego wpisu chciałbym serdecznie przeprosić wszystkich, którzy próbują to czytać. Wiem, że jest smętne, nudnawe i bez wyrazu. Ale uznałem, że w celach terapeutycznych będę pisał mimo podłej jakości. Od czegoś trzeba zacząć, rozgrzewka jest niezbędna, jutro będzie lepiej, etc...
A teraz może odrobina psychologii chodząca mi ostatnio po głowie. Otóż konkretnie zasady niedostępności i kontrastu w praktyce. Wsiadam sobie wczoraj wieczorem do metra celem udania się na małą libację alkoholową w miłym towarzystwie. Na przeciwko siedzą dwie dziewczyny. No dobra, to ja usiadłem tak, żeby mieć je przed oczami. Obie przed trzydziestką, wyglądają dość przeciętnie, ale jedna z nich (ta z lewej) ma piękne dłonie. Nawet bardzo piękne. Tym piękniejsze, że druga ma raczej krótkie i tłuściutkie paluszki (reguła kontrastu). No i dodatkowo nie można tych pięknych dłoni ani pogłaskać, ani pocałować, ani nawet dotknąć, mimo że może i by się chciało (reguła niedostępności). I oczywiście robią się od tego jeszcze przynajmniej dwa razy bardziej atrakcyjne. Dwa proste mechanizmy i już siedzę w pełni skupiony na podziwianiu dłoni nieznajomej kobiety w metrze. Nie żeby coś z tego wynikało, ale jak miło! Wracając z wyżej wymienionej drobnej libacji spotkałem natomiast parę składającą się z chłopaka z rowerem i dziewczyny bez roweru. Obiektem obserwacji są tym razem łydki. Kontrast między kudłatymi kończynami rowerzysty, a boskimi nogami jego znajomej kolosalny. Oczywiście jej łydki niedostępne, mimo że na wyciągnięcie ręki. I cóż z tego, że dziewczyna zła i okrutna, opowiada patrzącemu na nią z miłością koledze o swoim nie do końca były chłopaku. Rani go i bawi ją to, ale łydki nadal ma cudne, tak smakowite, że można by je z grzybkami schrupać. W domu czekają łydki obywatelki małżonki, równie zacne, ale dostępne i odległe. A popatrzę sobie przez chwilkę na te, nie będę sobie żałował.
Mamy bardzo przyjemne wczesne lato, co cieszy, przyspiesza krążenie krwi i generalnie nastraja optymistycznie. I pięknie. Weekend bardzo udany, w piątkowy wieczór pizza u golfowego kumpla, udana kulinarnie, ale przede wszystkim towarzysko. To podstawa. W sobotę wystartowaliśmy sobie z obywatelką małżonką w biegu na 5km w Lesie Kabackim. Muszę przyznać, że było to nieporównanie przyjemniejsze niż wszystkie dotychczasowe starty w biegach ulicznych. Jednak co las, to las. I wyniki też niczego sobie, jak na całkowity brak przygotowania - 26 i 30 minut. Wieczorkiem były gry planszowe, a w niedzielę butelkowanie piwa, którego nawarzyłem tydzień wcześniej. Troszkę się boję, czy butelki wytrzymają, bo nie odfermentowało tak do końca, ale mam nadzieję, że dadzą radę. To moje pierwsze piwko po dłuższej przerwie, pszeniczniak, mam nadzieję, że będzie udany i zachęci do kolejnych warek. A w poniedziałek rano majstrzy od rolet spóźnili się tylko godzinkę, za to robotę zrobili w 90 minut, więc i tak byłem zadowolony. Po drodze do roboty odwiedziłem Straż Miejską, gdzie przyjąłem mandat 100 PLN i 1 punkt karny za parkowanie tam gdzie nie trzeba. Cóż, tak to już jest z parkowaniem w naszej pięknej stolicy.
Z rozważań abstrakcyjnych - wydaje mi się, że znalazłem u siebie w robocie bardzo subtelny objaw delikatnego rasizmu. Jak wiadomo, każdy informatyk pracujący w tzw. międzynarodowym środowisku prędzej czy później dochodzi do wniosku, że nie ma nic przeciwko ludziom z kraju A czy B, ale woli jednak pracować ze swoimi. Ostatnio skonstatowałem, że nikt u mnie w biurze nie ma wąsów. Brody jakieś owszem, jakieś kompletne zarosty też, ale takie wąsy a'la PSL zupełnie nie występują. A wiecie dlaczego? Bo wszyscy nasi przyjaciele z Indii jak jeden mąż noszą takie wąsy. A co do kryzysu, tego ekonomicznego, to wyszło mi, że sam minie. Ludzie z czasem uznają, że kryzys jest permanentnym stanem ustalonym i nie ma co dłużej czekać, tylko trzeba działać, kombinować, zmieniać robotę, kupić, sprzedać zarobić i tym podobne. I będzie po kryzysie. Szkoda tylko, że nie da się wywróżyć kiedy to będzie. Ale nic to, kursy jena i franka nieco spadły, więc mam szansę doczekać końca tego kryzysu. Poza tym nie może być tak źle, skoro w przerwie Szkła Kontaktowego puszczają reklamy Mercedesa klasy E.
Chyba już zapomniałem jak się pisze... Ale nic to. Siedzę w pracy, słucham sobie dobrego jazzu (Monk), popijam yerba mate i jakoś mi wcale przyjemnie na tej planecie. Słońce za oknem, weekend w perspektywie, przyjemnie towarzyski wieczór w planach. Czego chcieć więcej? Knuję też nad tematami do malutkiego cyklu makrofotograficznego, który mógłby ozdobić naszą wielką i nadal smutnie pustą ścianę w salonie... Boję się, że resztki perfekcjonizmu będą mi przeszkadzać, ale próbować trzeba.
Przedwczesny kryzys wieku średniego chyba mam za sobą, a trzydzieste urodziny tuż tuż. Zupełnie nie wiem co z nimi zrobić, ale może wystarczy poczekać do ostatniej chwili na jakiś spontaniczny pomysł. Pożyjemy - zobaczymy. Obywatelka małżonka porusza ostatnio temat progenitury, a ja jakiś ciągle nieprzekonany. Hm... chyba tylko wymieniłem tematy, zamiast je poruszyć, ale może powrót do pisania trzeba robić metodą małych kroków. Zobaczymy, co z tego będzie. P.S. Dziękuję Aniu za impuls motywacyjny!
A miało być tak pięknie, regularnie i tak dalej. Niestety jak zwykle się nie udało. Za to wakacje w Egipcie udane nadzwyczajnie, obywatelka małżonka jest już patentowanym nurkiem, ja jestem opalony, a przez pierwszy tydzień spędzaliśmy sporo czasu z dwiema sympatycznymi parami z Polski poznanymi na miejscu. Troszkę by należało napisać o Egipcie, Egipcjanach i rafie koralowej, ale nie ma kiedy. Na szczęście nowe mieszkanie powoli zaczyna nadawać się do mieszkania więc i czasu powinno być więcej. Chodzi mi po głowie opowiadania w egipskich realiach. Może się w końcu skuszę.
Chyba muszę jakiś pisarski rygor sobie wprowadzić. Raz na tydzień co najmniej mały wpis? Jakieś „nic nowego” albo inne „na północy bez zmian”. Z drugiej strony to mało prawdopodobne, bo dzieje się dzieje nieustająco. Mieszkamy ciągle „na wsi”, czyli w wykańczającym się domu na działce, a nowe mieszkanie nadal jeszcze nie nadaje się do zamieszkania, za to ciągle coś się zmienia. A to wieszam żyrandole, a to wybieramy wypoczynki, kafelki i inne takie. Znaczy się jest akcja.
Abstrahując od materialnego wymiaru rzeczywistości też nie trafiamy w pustkę. Dzień już lekko przykrótki, damskie spódnice na ulicach dłuższe, depresja jesienna spod kanapy wyłazi i paskudny łeb podnosi. Trwające ponad godzinę podróże do i z pracy też raczej radością mnie nie napełniają. Ale część czynników jest całkowicie zewnętrzna, więc mogę tylko walczyć z własną percepcją i nastawieniem, co zresztą w miarę możliwości czynie. W najbliższym czasie planujemy urlop w ciepłych krajach, na który to urlop jeszcze się nie bardzo cieszę, ale nad tym też pracuje. Planuję się wysypiać, czytać, nurkować i pisać. Pewnie na planowaniu pisania się skończy, ale kto powiedział, że jest coś złego w niespełnionym planowaniu? W końcu nie każda pieszczota musi zaraz kończyć się orgazmem, więc dajmy spokój mojemu cieszeniu się z nierealizowalnych planów. A kto wie, może akurat wezmę i co napiszę? Kilka tematów chodzi mi po głowie, ale z kolei nie mam za bardzo pomysłu jak je ubrać w fabułę. Wracając do twardej rzeczywistości - mamy obecnie w robocie okres dorocznych ocen pracowników i przy tej okazji zastanawiam się też nad samym sobą. Robię w jednej firmie już ponad pięć lat, od z górą roku jestem też tak zwanym bezpośrednim przełożonym. Czytałem jakiś czas temu w polityce artykuł o zmianach w psychice powodowanych przez sprawowanie funkcji kierowniczych. I mam wrażenie, że troszkę już mi się poprzestawiało. Nie żeby jakaś woda sodowa, czy coś, Matka Korporacja dba, żeby prestiż stanowiska w głowie nie przewracał, raczej chodzi o lekką deformację perspektywy. Faktycznie coraz mniej dokładnie widzę szczegół, a coraz lepiej czuje się patrząc z odrobinkę szerszej perspektywy. Na szczęście (?) nadal umiem skupić wzrok na szczególe, więc objawy nie są jeszcze jednoznaczne. Ciągle tęsknię za robotą, której konkretne efekty widać, a jeszcze nie umiem powiedzieć – oto zespół ludzi, na który umiem wpływać, a ten wpływ, to właśnie konkretny efekt mojej pracy. Może przyjdzie z czasem, a może przyjdzie zmienić robotę. Kto wie? Dobra, koniec pisania, pora wybrać kolor mebli do sypialni.
Ja, prosty człowiek o pokrzywionym wnętrzu, łatwo osiągam błogi stan płytkiego zadowolenia. I cieszy mnie on. Właśnie wziąłem prysznic, ogoliłem się, leżę w ciepłym łóżku i sączę dobrą szkocką z odrobiną źródlanej wody. Słyszę plusk kaskady w akwarium, jazz płynący z radia i własny oddech. I piszę.
Odbyłem dziś interesującą rozmowę, która mocno mną poruszyła. W ogólności chodziło o to, że: M: eech.. z Toba naprawde nie mozna porozmawiac na jakies powazne tematy... :( S: jak to? przecież ja całkiem poważnie M: ale powierzchownie a nie głęboko Znaczy, że jestem płytki i powierzchowny. Usłyszałem jeszcze kilka rzeczy i poczułem się urażony – miłość własna została mocno dźgnięta cudzym palcem. Cóż, reakcja reakcją, ale zastanowić się nad tym troszkę można. Nie da się ukryć, że epikureizm zawsze wydawał mi się rozsądnym systemem filozoficznym – cieszmy się życiem, ale trzymajmy nasz potrzeby w ryzach. Brzmi prosto, ma kilka tysięcy lat i faktycznie nie wydaje się zbyt głębokie. Przez lata oczywiście troszkę sobie to podejście uszczegółowiłem i dopasowałem do potrzeb i okoliczności. Po pierwsze – nie szkodzić. To podstawowa zasada i staram się zawsze o niej pamiętać. Ma gwarantować możliwość patrzenia w lustro bez obrzydzenia. Oczywiście zdarzało i pewnie jeszcze nie raz zdarzy mi się zaszkodzić, już choćby dlatego, że czasem nie da się przewidzieć wszystkich skutków naszych wyborów, albo dlatego, że czasem najpierw czynię, potem myślę. Wiem, wstyd, ale staram się, staram. Po drugie – zachować dystans. Reaguję na świat bardzo emocjonalnie, co na dłuższą metę jest bardzo wyczerpujące. Dlatego staram się podchodzić do życia ‘z godnym przymrużeniem oka’. Śmiem twierdzić, że zrobiłem niebagatelne postępy, a moja kpiąco-złośliwo-cyniczna zbroja jest całkiem funkcjonalna i zdaje się, że nie najgorzej leży. Obecna praca też mi w tym pomaga – ludziom w moim otoczeniu bardzo często tego zdrowego dystansu brak, więc staram się dawać dobry przykład. Po trzecie – cierpliwość. Głęboko w środku jestem raczej cholerycznego usposobienia. Na szczęście lata socjalizacji, a głównie pewnie obcowanie z obywatelką małżonką, nauczyły mnie cierpliwości. I o ile zapalam się do nowych pomysłów jak suche gazety, to jeżeli trzeba wykazuję opanowanie godne głazu narzutowego. Większość znajomych nigdy nie widziała mnie poważnie wyprowadzonego z równowagi. I dobrze, bo to słaby widok. Co ciekawe, całą tę cierpliwość szlag nagły trafia za kierownicą, w korkach – chamstwo i bezmyślność na drodze doprowadzają mnie do szewskiej pasji i gdyby nie wrodzone tchórzostwo to bym pewnie wyzywał, tłukł i zęby wybijał. Nie rozumiem za bardzo, czemu tak jest. Może chodzi o to, że prowadzenie samochodu jest czynnością podświadomą i jako że działam na troszkę niższym poziomie świadomości, to choleryczność łeb podnosi i do wierzchy wyłazi? Nie wiem. Po czwarte – pomożemy. Jakoś tak mam, że daje mi frajdę i satysfakcję uczenie, pomaganie, opiekowanie się, wspieranie i tym podobne, zdawałoby się altruistyczne czynności. Oczywiście robię to z egoizmu – bo lubię tę satysfakcję. Kilka dni temu usłyszałem coś takiego: ‘wiesz ile dala mi znajomość z Tobą? fortunę... serio’. Urosłem od tego na dłuższą chwilkę. Lubię słuchać, rozmawiać, a w dobie elektronicznych mediów wszystkim nam chyba tego najbardziej brakuje. Usiąść i pogadać. Nie mogę się już doczekać, kiedy nasze nowe mieszkanie osiągnie stan używalności i będę mógł się zabrać za wskrzeszanie wielu ważnych, ale niestety mocno zaniedbanych relacji. Po piąte – zbieram okruszki. Nie bardzo wierzę, że stan pełnej szczęśliwości można osiągnąć. Chyba raczej stan taki jest wymyślony po to, by było do czego dążyć. Wychodząc z takiego założenia po drodze pracowicie zbieram i przechowuję okruszki szczęścia. Czasem cieszą mnie rzeczy strasznie małe, jak zapach ziemi na wiosnę, piękne chmury na niebie, kawał polędwicy wołowej należycie przyrządzonej czy uśmiech kobiety. Czasem okruszki są większe, czasem mniejsze, ale wszystkie cieszą. Do tego dochodzą relacje z ludźmi. Mam jakoś tak, że po przekroczeniu pewnej granicy bliskości osoba staje się dla mnie ważna i uzyskuję permanentne miejsce w mojej głowie. Nawet, gdy nie będziemy się widzieć całymi latami, to ma swoją niszę, swój kawałek bursztynu z zatopionymi w nim doświadczeniami, przeżyciami, emocjami. No tak, zgodnie z obawą jakoś patetycznie to brzmi, ale cóż. Widocznie taka już natura tematu. Po szóste – szacunek. Szanuję ludzi, ich prawo do własnego zdania, bycia innym, indywidualnego podejścia. Zdarza mi się czasem mierzyć innych swoją miarką, na podstawie jakichś śladowych informacji, które mam, ale zawsze potem wstydzę się tego. Jak bardzo słusznie prawi mój kumpel od golfa – nie mamy prawa oceniać, radzić czy przekonywać do swojej drogi. Mamy żyć i pozwolić żyć innym. W większości ludzi dookoła umiem dostrzec pasje, talenty, cechy, które godne są podziwu i szacunku. Po siódme – emocje. Uwielbiam emocje i jestem raczej wrażliwą istotą. Płaczę na filmach i czytając książki, tak mam. Chyba niezbyt męsko, ale nie przeszkadza mi to. W końcu nie po to są stereotypy, żeby do nich pasować. Ale zdaje się, że przez te emocje często właśnie nie zastanawiam się, nie rozważam, nie dzielę włosa na czworo, tylko szybko podejmuję decyzje na podstawie tego, co czuję. Może dlatego niełatwo ze mną rozmawiać o głębi, bo muszę ją przeżywać, a nie rozważać. Dobra, chwilowo kończy się whisky i pomysły. Cieszę się, ze zostałem dziś tym palcem dźgnięty i w końcu coś napisałem. Literatura to na pewno nie jest, ale jestem może choć troszkę bardziej świadomy samego siebie. Na pewno trzeba by jeszcze napisać o równowadze, przyrodzie, sporcie i może czymś jeszcze, ale to już nie dziś.
|
|
|
|